Złoto Konarskich
Szczecińska pracownia złotnicza Waldemara Konarskiego działa nieprzerwanie od pół wieku. Biżuteria powstaje z myślą o wyjątkowych momentach, każdy detal ma znaczenie, a rodzinne dziedzictwo przekazywane jest z pokolenia na pokolenie. Historia Pracowni Złotniczej Waldemara Konarskiego to nie tylko opowieść o precyzji i unikalnym podejściu do sztuki złotniczej, ale także o miłości do zawodu, której nie zdołały zatrzeć ani trudne czasy PRL-u, ani ekspansja większych salonów jubilerskich.

Wszystko zaczęło się w latach siedemdziesiątych, a dokładniej w 1972 roku, kiedy młody Waldemar Konarski postanowił nauczyć się fachu złotniczego. Już w szkole podstawowej tworzył pierwsze pierścionki, a jego talent szybko dostrzegł wuj – mistrz złotnictwa Edward Wikenhauser. Jednak Konarski, ku oburzeniu wuja, złożył papiery na ślusarza.
– Od razu zrobił nam w domu porządną awanturę i kazał zabrać papiery – wspomina ze śmiechem złotnik, który w efekcie szkoły ślusarskiej nie ukończył i zamiast tego trafił pod skrzydła Wikenhausera. Zdobyte doświadczenie pozwoliło mu w 1975 roku otworzyć własną pracownię.
Od pierwszego pierścionka do własnej pracowni
– Mój pierwszy pierścionek zrobiłem w wieku 15 lat. Wujek wyjechał na narty, a ja zostałem sam w warsztacie. Musiałem oddać gotową biżuterię klientce. Zrobiłem to. Do dziś nikt nie zgłosił reklamacji – żartuje Konarski.
Początki nie były łatwe. W czasach PRL-u dostęp do surowców był ograniczony, narzędzia drogie i trudne do zdobycia. Każda nowa technika wymagała improwizacji, a rzemieślnicy często musieli radzić sobie samodzielnie. Konarski musiał jednak przerwać swoją pracę prawie na cały rok, ponieważ został powołany do wojska.
– W wojsku nie było lekko, ale jako złotnik miałem pewne przywileje. Każdy czegoś potrzebował, więc miałem swoje zajęcie – wspomina. – Mimo wszystko, nie mogłem się doczekać, żeby wrócić do warsztatu. Zachodnie technologie docierały do nas powoli. Dziś mamy wszystko na wyciągnięcie ręki, ale to nie znaczy, że jest łatwiej. Dobra biżuteria to sztuka, która wymaga wiedzy, doświadczenia i cierpliwości – dodaje.
Kunszt Waldemara Konarskiego potwierdza również tytuł mistrza rzemiosła artystycznego. Na piętnastu ubiegających się o niego, Konarski miał najlepszą sztukę biżuterii spośród wszystkich zdających złotników. To ogromne wyróżnienie.
Rzemiosło, które nie uznaje kompromisów
Każdy przedmiot, który wychodzi spod rąk Konarskich, to przemyślana kompozycja, w której znaczenie ma zarówno kruszec, jak i jego obróbka. Ręcznie wykonane pierścionki, obrączki, naszyjniki i kolczyki powstają z niezwykłą dbałością o każdy detal – to nabożne oddanie sztuce złotniczej, w którym precyzja odgrywa niesamowicie ważną rolę, a każdy element biżuterii nosi w sobie ślad rzemieślniczego kunsztu. Jednym z największych atutów pracowni są rzadkie kamienie szlachetne. Diamenty, szafiry, rubiny i szmaragdy sprowadzane są z całego świata. Szczególną pozycję wśród wyrobów Konarskich zajmują obrączki ślubne z diamentami – tworzone z myślą o tych, którzy szukają biżuterii na całe życie.
– Złoto walcowane i kute ma inną strukturę niż odlewy. Oprawa kamieni wymaga doświadczenia. U nas to standard, w masowej produkcji to rzadkość – tłumaczy Bartosz Konarski, syn Waldemara, który w 2005 roku dołączył do rodzinnego biznesu. – Mamy dostęp do kamieni, które trudno zdobyć. Można je obejrzeć, dotknąć i wybrać osobiście. Szczególnie cenne są kolorowe diamenty – ich wartość rośnie, bo kopalnie są już zamknięte, więc bardzo trudno te kamienie dostać.
Nie ma projektu, którego by się nie podjęli. Przez lata wykonywali unikatowe, często niezwykle skomplikowane realizacje, które wymagały nie tylko mistrzowskiego rzemiosła, ale i precyzyjnej inżynierii jubilerskiej. Jednym z najbardziej niezwykłych zleceń była miniaturowa replika Gwiezdnych Wrót – wisiorek o średnicy 8,5 centymetra, który powstawał przez dwa tygodnie. Każdy element tej skomplikowanej konstrukcji był ruchomy, co wymagało niesamowitej dokładności.
Pomimo pięćdziesięciu lat pracowni na rynku – nie zapominajmy, że Waldemar Konarski swój warsztat rozpoczął wiele lat wcześniej – pracownia nieustannie się rozwija. Dziś jej klientami są nie tylko mieszkańcy Szczecina, ale również osoby z Niemiec, Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych czy Australii. W mediach społecznościowych Bartosz Konarski pokazuje efekty pracy i odpowiada na pytania miłośników biżuterii z całego świata. Jego profil na Instagramie zlotnik_konarski_szczecin obserwuje ponad 60 tysięcy użytkowników, a materiały filmowe cieszą się dużą popularnością.
– Chcemy stworzyć miejsce, w którym nie tylko sprzedajemy biżuterię, ale też opowiadamy o niej. Edukacja jest ważna, klienci coraz bardziej interesują się tym, co kupują – podkreśla Bartosz Konarski. – Planujemy otworzyć nowy lokal, który pozwoli nam jeszcze lepiej odpowiadać na potrzeby naszych klientów. Chcemy oddzielić przestrzeń warsztatową od ekspozycyjnej, stworzyć salon, gdzie będziemy mogli nie tylko prezentować nasze wyroby, ale również opowiadać o kamieniach szlachetnych, ich historii i wartości. Pamiętajmy, że biżuteria to nie tylko piękna ozdoba, która cieszy oko, ale również opowieść, emocje i kunszt, który może przetrwać pokolenia.
Wspólna praca i wspólna pasja
Ojciec i syn nie tylko razem pracują, ale też spędzają razem swój wolny czas. Ich pasją są rowery – na wiosnę planują wyprawę do Kopenhagi.
– Któregoś razu syn pojechał do Gdańska i wrócił… z kolejnym zleceniem. Czasem praca znajduje nas sama – śmieje się Waldemar Konarski. – Nie wyobrażam sobie pracowni bez jego obecności. To nie byłoby to samo.
Pracownia Konarskich to pełna przygód opowieść o rzemiośle, które nieustannie ewoluuje, o pasji przekazywanej z pokolenia na pokolenie i o sztuce, która mimo zmieniających się czasów pozostaje niezmiennie piękna, wyjątkowa i rodzinna.




